Nasze pierwsze wsparcie dla mieszkańców Żółkwi

Na początku marca bieżącego roku zaczęliśmy wśród rodziny i znajomych organizować zbiórkę ubrań, butów, książek, zabawek i pieniędzy. Większość osób odpowiedziała na nasz apel bardzo pozytywnie. W ciągu kilku dni udało się nam zebrać sporo darów materialnych i pieniężnych. Chciałem zgromadzić ich jak najwięcej aby nie jechać na pusto ponad czterysta kilometrów. Wyjazd zaplanowałem na 19 marca, tak aby tą akcją uprzyjemnić zbliżające się Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Z własnych funduszy i części zgromadzonych środków pieniężnych zakupiłem 100 kg mąki, 50 kg cukru i 120 paczek makaronu. Po wyjęciu dwóch rzędów siedzeń z mojego Dodge’a Caravana udało mi się wszystko zapakować aż po dach.

Wraz z moją córką Karoliną wyjechaliśmy z Białegostoku 19 marca o 4:50. Pogoda na całej trasie była bardzo ładna i po krótkim pobycie na przejściu granicznym, bez żadnych problemów, o godzinie 13 wjechaliśmy na Rynek w Żółkwi.

Nie zastaliśmy jednak księdza proboszcza na plebanii, ponieważ przebywał w seminarium we Lwowie. Jak się później okazało przyjechaliśmy w dniu imienin księdza. W oczekiwaniu na przyjazd proboszcza Józefa postanowiłem pokazać mojej córce Żółkiew. Spacerując po tym pięknym miejscu i znając jego historię starałem sobie wyobrazić jak było tu cudownie w latach jego świetności, a nawet w dwudziestoleciu międzywojennym. Obecnie jest to naprawdę ciche miasteczko i nawet sobotni targ opodal Rynku nie był w stanie ożywić tej sennej atmosfery.

Po godzinie 14 spotkaliśmy się z księdzem proboszczem, z którym zjedliśmy obiad. Niestety nie miał On dla nas zbyt wiele czasu. Ciągle dzwonili znajomi i składali solenizantowi życzenia.

Po obiedzie szybko rozpakowaliśmy samochód i pojechałem z córką do Lwowa. Spacerowaliśmy po Starym Mieście i jego okolicach. Zrobiliśmy drobne zakupy prezentów dla najbliższych, głównie czekolady we Lwowskiej Manufakturze Czekolady i pierniki we „Fraszkach”(Wytwórnia Pierników).

Wieczorem wróciliśmy na nocleg do Żółkwi. Przenocowaliśmy oczywiście na plebanii. Rano ksiądz proboszcz osobiście przygotował nam śniadanie. I teraz mogliśmy spokojnie trochę porozmawiać. Ksiądz Józef był bardzo zadowolony z przywiezionych przez nas rzeczy. Obiecaliśmy, że to nie była jednorazowa pomoc dla polskiej społeczności w Żółkwi i będziemy starali się angażować w każdą kolejną akcję coraz więcej osób. Po serdecznym pożegnaniu czas było ruszać w drogę powrotną.

Niestety zaczął padać śnieg i nie mogliśmy przed wyjazdem jeszcze choć przez chwilę podziwiać uroków Żółkwi.

Powrót do Białegostoku odbył się również bardzo spokojnie i bez żadnych problemów na trasie. Mam nadzieję ponownie przyjechać do Żółkwi w lipcu lub sierpniu i spędzić tu więcej czasu. Pochodzić po miejscach gdzie nie zaglądają turyści. Poznać chociaż część tutejszej polskiej społeczności, ich historie i potrzeby dnia codziennego, aby nasza pomoc była dla nich jak najlepiej przydatna.

24.04.2016

Krzysztof Jasieński